Zauważyłem, że temat poniedziałkowego artykułu w "Rzeczpospolitej" był tu już komentowany, w tym, przez oboje wymienionych publicystów, ale nie mogę się powstrzymać przed dorzuceniem swoich trzech groszy. Muszę przyznać, że z pewnym zażenowaniem przeczytałem tekst Joanny Lichockiej, choć zdaję sobie sprawę, że każdemu zdarzają się wypadki przy pracy. Było mi przykro, że bardzo inteligentna i płodna publicystka, tym razem posłużyła się metodą, której nie tak dawno bez pardonu używano w stosunku do niej i innych podobnie myślących dziennikarzy. Metoda była prosta: zaszufladkować i zdyskredytować. Dlatego m in. panią Joannę,  oskarżano o bycie na usługach PiS, w dość brutalny i prymitywny sposób nazywano "wspieraczem PiSuariatu" "dziennikarzem rządowym" czy nawet "reżimowym". Te inwektywy mówią niewiele o Joannie Lichockiej, za to bardzo dużo o ich autorach. W koncu całą przyjemność ze ścierających się poglądów czytelnicy czerpią wtedy, kiedy dochodzi do ciekawej wymiany poglądów i argumentów(!), a nie wtedy kiedy jeden "dowali" drugiemu. Swoją drogą jednym z największych osiągnięć ostatniego czasu jest to, że (choć jeszcze używane) coraz żadziej działają, sprawdzone metody, wyłączające z dyskusji niepoprawnie myślących. W swoim tekście w "Rz", Joanna Lichocka postawiła Pawła Milcarka w odpowiednim narożniku i nie bawiąc się w niuanse dokładała ile wlezie, i niewiele zmienia to, że zrobiła to w sposób o wiele bardziej kulturalny, niż jej krytycy. Bo czy można bez zażenowania przeczytać (zamiast argumentów) o "złych duchach Marka Jurka", czy  "ten zwolennik mszy trydenckich i ultrakonserwatysta", "radykał", w końcu ironicznie "o sekcie Milcarka". Czy nie przypomina to, Pani Joanno "argumentów" Jana Winieckiego z wyjątkowo żałosnego listu do Pani? Można by jeszcze dodać parafrazując, że nadszedł czas, żeby Milcarek powrócił tam, gdzie jego miejsce, do jakiejś egzotycznej niszy,( czy jaskini) jak "Christianitas".