W dzisiejszej "Rzeczpospolitej" natknąłem się na krótki wywiad z korespondentem dziennika "La Repubblica" w Polsce Andreą Tarquini. Pomijając (delikatnie mówiąc), bardzo wyraziste poglądy dziennikarza  i jego specyficzne widzenie polskiej rzeczywistości, pojawił się też słynny już wątek z jego tekstu w "LR" dotyczący parady równości i sytuacji homoseksualistów w Polsce. Przypomnę, że napisał tam (cytując opinie ludzi należących do organizacji homoseksualnych i organizatorów parady), że w Polsce urządza się polowania na homoseksualistów, geje są bici, a lesbijki gwałcone. Na pytanie, dlaczego nie dał głosu drugiej stronie, odpowiada z rozbrajającą szczerością, że "nie udało mu się skontaktować" i "nie miał dostępu do innych opinii". Nie wiem jak długo Andrea Tarquini uprawia swój zawód, nie wiem też jak długo jest korespondentem w Polsce, ale nawet jeśli na oba pytania odpowie, że od wczoraj, i tak trudno go usprawiedliwić. Żeby sprawdzić tak poważne zarzuty, wystarczyło zasięgnąć języka u polskich kolegów po fachu, nie mówiąc o tak podstawowych działaniach jak zapytanie w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich,  w odpowiednich instytucjach państwowych jak policja czy prokuratura, w końcu  w  poważnych organizacjach pozarządowych. Tak zachowałby się nawet amator, jeśli  chciałby dotrzeć do prawdy i brał na poważnie zasady etyki dziennikarskiej. Andrea Tarquini amatorem zapewne nie jest. Więc...?